sobota, 19 października 2019

Czy znowu będzie "mądry Polak po szkodzie"?

  Jak zwykle siedzę przy kawie i koniaczku i piszę następnego posta na mój blog.
  Po ostatnich wyborach widzę, że jesteśmy narodem bardzo samolubnym. Wszędzie mówimy i o tym jak bardzo kochamy nasze dzieci ale zupełnie nie interesuje nas ich przyszłość. Wystarczy, że rząd obiecuje nam 500 złoty na każde dziecko, dopłaty do krów, świń itp a my nie zastanawiając się nad niczym głosujemy na niego. Nie jestem za żadną partią ponieważ uważam, że ktokolwiek dojdzie do władzy zawsze na drugim miejscu będzie naród. Pierwsze miejsce zajmować będzie on sam. Nabrać jak najwięcej do swojej kieszeni przez okres gdzie swojej kadencji a później zobaczymy. Nikogo przecież nie wsadzono do więzienia za to, że źle sprawował władzę. Wszystko odbijało się na narodzie. I podobnie będzie za rok, dwa może trochę później. Rozdawane i brane do swoich kieszeni pieniądze muszą się skończyć. Nieważne jak wysokie będą podatki czy inne dochody przy takim rozdawnictwie gdzie wpływy są mniejsze od wydatków wszystko musi runąć. I nie trzeba kończyć wyższych studiów ekonomicznych żeby to wiedzieć. Niech każdy z nas zacznie brać ze swojego konta więcej pieniędzy niż na niego wpływa i sam się o tej prawdzie szybko przekona. Teraz niektórym z nas dają właśnie pieniądze na dzieci, które nie zawsze z nich korzystają i jesteśmy bardzo zadowoleni. Ciekawym czy ktoś pomyślał o tym jak długo to będzie trwało i co nastąpi dalej. Zaciągane są pożyczki, o których rząd nas nie informuje, a które w przyszłości wypadałoby spłacić. I jak myślicie, kto to będzie zwracał? Ministrowie z własnych majątków, urzędnicy w ministerstwach, a może prezydent? Otóż zapewniam, że oni na pewno nie. Oni się zabezpieczą bo wiedzą co nastąpi. Tylko jak sami mówią "głupi naród" poniesie konsekwencje ich działalności. A bronić się będą bardzo logicznie i zgodnie z prawdą - wy nas wybraliście, chcieliście więcej zarabiać to nie miejcie teraz do nas pretensji. Spełniliśmy wasze wymagania. A wszystkie te kłopoty zostawiamy naszym dzieciom bo rozwiązanie tego problemu to nie okres roku czy dwóch lat, to rozłożenie na lata, gdzie trzeba będzie "ścisnąć pasa" i żyć bardzo skromnie aby wyjść z zadłużenia. I taką przyszłość gotujemy naszym pociechom w naszym kraju.
  I druga sprawa. Po ogłoszeniu wyników wyborów każda z partii odtrąbiła zwycięstwo. Tak więc wygrali wszyscy ale politycy a co z narodem? Zwycięstwo polityków to dostanie się do sejmu czy senatu i diety, premie, dodatki, podróże itp wzrost stopy życiowej, może lepszy samochód czy zakup jakiegoś domu. A naród? Ano naród będzie na to wszystko pracował (wyrażam się kulturalnie chociaż na usta ciśnie się inny wyraz). I nieważne jakie będą po drodze skandale, oszustwa, kradzieże w świetle prawa i inne ekscesy ten naród za cztery lata pewnie znowu na nich zagłosuje bo obiecają mu jakieś finansowe ochłapy. Chyba, że powstanie jakieś nowe ugrupowanie mające swój program, który będzie konkretnym programem a nie tak jak do tej pory jedynym programem opozycji było "nie głosujcie na obecny rząd". Przecież wiadomo, że jak ktoś mówi "nie" to inni zrobią dokładnie odwrotnie a Polak to już na pewno. I tak też się stało.

piątek, 2 sierpnia 2019

Na co świat wydaje pieniądze

  Czy zastanawialiście się kiedyś dlaczego my - ludzie postępujemy tak dziwnie i wbrew logice. Wydajemy miliony czy nawet miliardy np. dolarów czy innej waluty na zbrojenia ale chyba tylko po to aby samych siebie zniszczyć. Ten wyścig zbrojeń wcześniej czy później doprowadzi do samozagłady. Zabijamy bez zastanowienia, bez sensu i myślimy, że to przyniesie jakieś korzyści tylko nie wiem komu. Popatrzmy na historię i zastanówmy się czy miliony ludzi jakie zginęły do tej pory w różnych wojnach czy też zostały zabite z innych powodów zmieniły cokolwiek. Słońce dalej wschodzi i zachodzi, Ziemia dalej się kręci nieważne czy będzie na niej życie czy nie.
  Wydajemy także miliardy na tzw. "podbój kosmosu". Budujemy nowe rakiety, stacje kosmiczne zawieszone gdzieś nad Ziemią, wysyłamy sondy kosmiczne na Marsa i inne planety, szukamy potwierdzenia życia w kosmosie a jednocześnie zaprzeczamy, że istnieją kosmici, jakieś "latające spodki", i że to wszystko dzieje się tu na Ziemi. Może zamiast szukać daleko najpierw zajmijmy się i zbadajmy te wszystkie niewyjaśnione zjawiska związane z kosmitami a nie próbujmy ich marginalizować i wmawiać, że ich nie ma. Rządy niektórych państw uważają, że powiedzenie ludziom prawdy o istnieniu kosmitów na Ziemi może doprowadzić do paniki. Wydaje mnie się, że w dzisiejszych czasach nie byłoby takiej reakcji jak po audycji radiowej w USA o wylądowaniu kosmitów. W dobie wszechobecnego internetu czy telewizji ludzie mają możliwość sprawdzenia każdej informacji i coraz więcej jest materiałów czy to opisów czy też zdjęć lub nagrań ze spotkań z różnymi dziwnymi istotami, że paniki na pewno by nie było. Tylko dlaczego ktoś ubzdurał sobie, że te wiadomości ma zatrzymać dla siebie, i że są tak wielką tajemnicą aby je ukryć.
  A przecież na Ziemi jest jeszcze tyle nieodkrytych miejsc, tyle do końca niezbadanych zjawisk czy tajemnic, że może lepiej byłoby przeznaczyć większość pieniędzy na ich zbadanie i wyjaśnienie niż kontynuować "wyścig zbrojeń" czy "podbój kosmosu".

niedziela, 9 czerwca 2019

Panie do opieki nad starszą osobą

  Dzisiaj siedząc przy kawie i lampce koniaku zastanawiam się nad sprawą pań, które opiekują się starszymi osobami. Moja prawie 90-letnia matka po chwilowym pobycie w szpitalu (tutaj jako ciekawostkę podam fakt, że pielęgniarka przyjmująca mamę do szpitala miała pretensję o to, że nic o niej nie wie, i że wcześniej nigdy tutaj nie była) a mająca problem z dłuższym chodzeniem wymaga pomocy, której osobiście z siostrą na razie nie możemy jej zapewnić (oboje mieszkamy poza granicami naszego kraju) więc postanowiliśmy znaleźć opiekunkę.   
Początkowo potrzebna była osoba przebywająca z mamą na stałe tj. taka, która zamieszkałaby z nią u niej w domu. Jej praca polegać miała na pomocy w domu tzn. gotowaniu, robieniu zakupów, pomocy podczas mycia, ubierania się itp.  Na dane w internecie ogłoszenie zgłosiło się kilka chętnych pań lecz jak wiadomo aby współpraca była korzystna obie strony muszą się bliżej poznać. Tak więc pierwsza pani po tygodniowym okresie próbnym nie bardzo przypadła mamie do gustu i z niej zrezygnowała. Później okazało się, że wraz z odejściem tej pani wyszły także prawie nowe garnki. Następna opiekunka pracę zaczęła od sprzątania w kuchennych szafkach, co wydawało się dobrym prognostykiem na przyszłość lecz z czasem doszedłem do wniosku, że był to raczej przegląd "majątku" niż sprzątnie. Pani zmieniała się ze swoją koleżanką co dwa tygodnie lecz gdy nie było już nic wartościowego do zabrania wtedy dowiedziałem się, że mama jest osobą bardzo złośliwą i kłótliwą, jej zmienniczka z płaczem powiedziała, że już tu więcej nie wróci i abyśmy szukali kogoś innego bo ona też rezygnuje. Gdybym mamy nie znał to pewnie uwierzyłbym w te kłamstwa. Ale mama doszła do wniosku, że woli jednak mieszkać sama a do pełni szczęścia potrzebna była by tylko dochodząca osoba, która zrobi zakupy, ugotuje, sprzątnie w mieszkaniu co jakiś czas, pomoże przy myciu. Tak więc panie się wyprowadziły a wraz z nimi kilka sprzętów domowych np. żelazko na parę zamienione na jakiś starszy, zwykły model, kilka talerzy, sztućców a nawet szampon do włosów wraz z lakierem, proszek do prania, płyn do mycia garnków itp i nie były to przedmioty nowe tylko już używane. Brak niektórych jeszcze rzeczy mama odkrywa do dzisiaj mimo, że upłynęło już kilka miesięcy. 
  Była także pani, która w torebce nosiła eter, wypytywała się o obrazy wiszące w mieszkaniu i inne przedmioty a bardzo się zdenerwowała gdy o jej zwolnieniu dowiedziała się w chwili gdy do domu przybyła jej zmienniczka. Czyżby jej plany zostały pokrzyżowane?
  Z paniami dochodzącymi też jest różnie. Jak trafiła się uczciwa i przypadła mamie do gustu to musiała zrezygnować ze względu na stan zdrowia. Inna po kilku tygodniach znalazła lepszą pracę i też zrezygnowała.
 Ponieważ paniom płaci się za przepracowane godziny więc starają się przeciągać w nieskończoność. Wyjście na plac po zakupy gdzie idzie się około pięciu minut w jedną stronę u niektórych trwało godzinę i dłużej a po zwróceniu uwagi słyszało się, że stała w kolejce np. za pomidorem. Stoisk na placu jest wiele także tych sprzedających pomidory to za czym tu stać?
  Inny problem to gotowanie. Uzgodnione jest, że pani przychodzi co drugi dzień więc gotowania jest na dwa dni. Teoretycznie.  Bo ile może zjeść na obiad starsza osoba. Tym bardziej, że mama mówi: ugotuj np. pięć ziemniaków, zupę zrób w takim garnku i dodaj do niej tyle i takie jarzyny. Niedawno okazało się, że pani gotuje nie tylko dla mamy ale także dla córki, sama też coś w kuchni zje tyle tylko, że z produktów zakupionych dla mamy i z jej pieniędzy. I do tego bierze jeszcze pieniądze za pomoc.
 Zastanawiam się właśnie czy nie podać danych tych "opiekunek" a zwłaszcza tych chętnych do pomocy wraz z zakwaterowaniem bo myślę, że przypadki "znikania" różnych przedmiotów z domu osób samotnie mieszkających tak jak mama nie były odosobnione.
 

wtorek, 20 listopada 2018

Facebook - grupy i znajomi

  Siedzę jak zwykle w swoim fotelu przy lampce koniaku mającej rozjaśnić mi umysł i zastanawiam się nad taką kwestią. Mianowicie - kilka lat temu na popularnym wówczas portalu społecznościowym Facebook utworzyłem grupę, której tematem jest ochrona zabytków a głównie dworów, pałaców i zamków. Przez okres kilku lat grupa rozrosła się do około 5000 członków. Aktywnych tj. dodających posty, zdjęcia czy komentujących je jest może 10% (zresztą jest to podobno norma wg. jakiś tam przeprowadzonych badań). Lecz mnie nurtuje takie pytanie - po co zgłaszać chęć przystąpienia do którejś z licznych na portalu grup jeżeli jej temat wogóle nas nie interesuje. Jako administrator zatwierdzam (lub odrzucam) nowe chętne osoby do "bycia" w grupie i w związku z tym mam możliwość sprawdzenia do ilu innych grup należy kandydat. Zdarzają się dość często osoby , które należą do 300 lub 400 grup a przy rekordziście w momencie gdy chciałem go dodać do swojej grupy wyświetlił się komunikat, że musi zrezygnować z jakiejś innej grupy aby móc zostać dodanym do mojej. Powtarzam więc moje pytanie - po co zgłaszać akces do czegoś co nas nie interesuje. Żeby pochwalić się innym jaki to jestem "działacz społecznościowy" i do ilu grup należę? W takim razie wymień mi np. tylko dziesięć grup gdzie jesteś członkiem i jedną, w której coś napisałeś. Obawiam się, że z odpowiedzią mógłby być niejaki kłopot.
  Jest także i taki rodzaj osób, które zaraz po ich dodaniu same chcą dodać wszystkich znajomych ze swojej listy. I tutaj doszedłem do drugiego nurtującego mnie tematu - znajomi na Facebooku. Po co mi 5000 znajomych jeżeli osobiście znam może 30 osób a reszta to osoby obce, które "znam" tylko z ich niku czy nazwiska (nie zawsze prawdziwego) i z tego co wyświetlają na swojej stronie profilowej. A odpowiedź chyba podobna do tej podanej powyżej - jestem udzielającym się i znanym fejsbukowcem. Zobacz ilu mam znajomych w tym znanych aktorów czy sportowców. Tylko z jakiego powodu ten szpan? Czy sam jestem tak mało interesujący, że muszę posiłkować się innymi, znanymi bardziej lub mniej osobami abym czuł się doceniony? Przykre jeżeli taki jest powód tych zachowań.
  Pamiętam jak na początku mojej "działalności" na Facebooku otrzymywałem zaproszenia od nieznajomych aby zostać "znajomymi". Myślałem "a co mi tam, zaakceptuję, nic nie tracę". Tak było do czasu gdy nie mogłem zalogować się na swój profil i aby móc to zrobić miałem do wyboru kilka opcji. Jedną z nich była ta ze znajomymi, którą to wybrałem. Znam przecież swoich bliskich to nie powinno być kłopotu z odpowiedziami. Okazało się, że ja myślałem o swoich znanych mi osobiście osobach a pytania dotyczyły tych z mojej listy znajomych "nieznajomych". O nich niestety nie wiedziałem nic. Od tego czasu grono moich znajomych na Facebooku jest naprawdę grupą prawdziwych znajomych i wcale mi to nie przeszkadza, że jest ich tak niewielu. Myślę też na okrojeniu mojej grupy z osób nieaktywnych, które już dawno zapomniały, że do niej należą. Nie ilość a jakość na znaczenie.

wtorek, 6 marca 2018

Czy Szatan to Bóg?

Tak się zastanawiam czy Bóg, w którego wierzą chrześcijanie jest właśnie tym, za którego się podaje. Bo jeżeli przyjmiemy, tak jak o nim między innymi twierdzą, że jest wszechwiedzący, to ujawniając się ponad dwa tysiące lat temu powinien przewidzieć jakie nieszczęścia pójdą za tym krokiem. Do tego czasu ludzie wierzyli w różnych bogów. Prawie każde, niewytłumaczalne w owym czasie zjawisko przypisywano jakiemuś bogowi. Prawie w każdym ówczesnym społeczeństwie widoczne na niebie Słońce czy Księżyc uważano za boga. Oczywiście jego nazwy były różne ale był to bóg widoczny, niejako "namacalny" i normalne dzisiaj zjawisko jak zaćmienie np. Słońca wtedy wywoływało przerażenie. Uważano to za gniew boga, którego starano się ułagodzić składając różne ofiary także z ludzi.
 Nagle pojawia się nowy bóg, niewidoczny, mówiący o dobroci, równości i szczęściu, obiecujący wieczne życie a warunkiem osiągnięcia tego to tylko wiara w niego. Przedstawia swoje wymagania w formie 10 przykazań, do których jeśli będziesz się stosował wszystko co obiecuje - osiągniesz. Brzmi to bardzo ładnie jednak zastosowanie się do tych warunków w praktyce jest prawie niewykonalne. Oczywiście zaraz znaleźli się ludzie, którzy z imieniem nowego boga na ustach i w myśl jego przykazań postanowili wyciągnąć jakieś korzyści dla siebie.
 I tak odnośnie punktu "Nie będziesz miał bogów innych przede mną" postanowili nawracać różne ludy, przez nich zwane pogańskimi, na nową wiarę. Lecz żeby się zbytnio nie trudzić wyjaśnianiem o co chodzi w tej wierze używali do tego mieczy. Zdobywane w ten sposób ziemie oraz łupy zostawiali dla siebie. Organizowane wyprawy krzyżowe, nawracanie tzw. pogan, Inkwizycja, nawracanie Indian w Ameryce czy Murzynów w Afryce w rzeczywistości było to mordowanie niewinnych ludzi tylko dlatego, że mieli od wieków swoich bogów, innych od tego, który podobno jest prawdziwy.
 A jak ma się do tego inny punkt Dekalogu - "Nie zabijaj"? Ano tak, że jest on dopiero piąty na liście a zacząć wypada od pierwszego wiec go realizowano. Umarły się nie poskarży bo i komu. On przecież ne pójdzie "do nieba" bo nie wierzy w tego "jedynego", prawdziwego a ten,za którego przelewają krew przecież im wybaczy bo robią to w jego imieniu. To jakaś paranoja. Podobnie obecnie myślą muzułmani, którzy organizując różne samobójcze ataki robią to w myśl Allaha i wierzą, że zabijając "niewiernych" znajdą szczęście po śmierci.
 Nie ma co dłużej rozwodzić się nad "przedstawicielami" "jedynego, prawdziwego" boga bo ci od wieków pragnęli władzy i bogactwa jedynie dla siebie, twierdząc, że wszystko co czynią jest dla dobra Boga.
 I tutaj się zastanawiam czy aby Bóg, w którego wierzy tyle milionów ludzi jest tym, za którego się podaje. Bo patrząc wstecz oraz na to co dzieje się dzisiaj to przecież bardziej przypomina to uczynki jakie Kościół przypisuje złu czyli tzw. Szatanowi. I czy to czasem nie sam Szatan jest objawionym ponad dwa tysiące lat temu Bogiem. Pod przykryciem dobra czyni samo zło i wszyscy dali się na to nabrać. Podobno "pod latarnią najciemniej".

czwartek, 20 lipca 2017

My i władza

  Siedzę tak sobie przy tytułowej kawie i koniaku (ale dobrobyt) i zastanawia mnie jedno - dlaczego my jako naród jesteśmy tak łatwowierni i nie umiemy wyciągać wniosków z wcześniejszych sytuacji. Myślę o wyborach. W tym miejscu chcę dodać, że nie należę do żadnej partii ani nie jestem żadnej z nich zwolennikiem. Wszystko co tutaj piszę są to moje, zwykłego "zjadacza chleba" przemyślenia i obserwacje i zarzucanie mnie jakiejkolwiek stronniczości jest bezpodstawne. Wszelkie obraźliwe czy niepochlebne komentarze pod tym postem (jak i zresztą pod innymi) są mi zupełnie obojętne gdyż jako prawdziwy Polak wiem wszystko najlepiej i zdanie innych dla mnie się nie liczy ;). To tak gwoli sprostowania. A teraz myślę sobie dalej...
Przed każdymi wyborami obiecywane są przez kandydatów na posłów i partie różne chwytliwe rzeczy, które to oni spełnią gdy ich wybierzemy. Np. zlikwidują wszechobecną korupcję, rozprawią się z nepotyzmem (kolesiostwem), zlikwidują biurokrację, zajmą się podatkami, wybudują nowe mieszkania dla najbiedniejszych  itp. itd. W chwili dojścia do władzy realizują oczywiście swój program. Likwidują starą korupcję nagłaśniając kilka takich spraw (oczywiście dotyczących ludzi poprzedniej władzy), o ich "osiągnięciach" na tym polu dowiemy się pewnie po kolejnych wyborach i zmianie rządzących, likwidują nepotyzm tzn usuwają ze stanowisk znajomków poprzedników (i znowu o tym jest głośno) a po cichu w ich miejsce stawiają swoich i to się wtedy nazywa "dobra zmiana". Biurokrację likwidują zwiększaniem urzędników i instytucji ale to nosi nazwę "likwidowania bezrobocia", nowe mieszkania? - no cóż może będą lecz czy dla najbiedniejszych tego nie byłbym taki pewien. W przyszłości może się okazać, że wszystko tak zdrożało i niestety czynsz trzeba podnieść. Poza tym jaka jest szansa utrzymania się "przy żłobie" a jak wiadomo z nie tak odległej historii, każda następna władza zmienia prawie wszystko co uczyniła poprzednia nie dlatego, że jest to złe ale dlatego, "że właśnie zrobili to poprzednicy". I tutaj dochodzimy do chwili obecnej (lipiec 2017). To co dzieje się w naszym Sejmie przypomina XVI-wieczne sejmiki szlachty polskiej. Każdy ma rację a zarazem każdy jej nie ma. Tam czasem do głosu dochodziły szable dzisiaj wyzwiska i obrażanie drugich. No cóż taki naród.
  Ale tak naprawdę to czy była inna możliwość wyboru. Liczyły się głównie dwie największe partie. Jedna rządząca przez dwie kadencje nie spełniła oczekiwań wyborców więc w następnych wyborach wybrali tę drugą. Szybko jednak się okazało, że i ona nie jest tym czego społeczeństwo oczekiwało. Dochodzi do licznych protestów i manifestacji ulicznych ale obecnie rządzących to nie wzrusza. Oni spełniają obietnice wyborcze jakkolwiek by to nie wyglądało i głos ludzi ich nie interesuje. Ale czy można to było przewidzieć? Patrząc z dzisiejszej perspektywy chyba tak. Przecież rządzili już raz niecałą kadencję a ich błąd w ocenie ówczesnej sytuacji i rozpisanie ponownych wyborów, po których myśleli się umocnić spowodował zmianę rządzących. Czyli już wtedy po dwóch latach rządów społeczeństwo powiedziało "dość". I czy wyciągnęliśmy jakieś wnioski? Żadne. Ponownie wybraliśmy tych samych ludzi, daliśmy im władzę chociaż wiedzieliśmy jacy oni są i co potrafią. Chyba, że wyborcy myśleli, że się zmienili. Człowiek może zmienić zdanie ale nie charakter.
 A jaką aktualnie mamy opcję wyboru? Z jednej strony stary, sfrustrowany dążący za wszelką cenę do władzy człowiek, wierzący w teorię spiskową o zamachu na swojego brata, otoczony ludźmi, którzy oczekują,że także zdobędą władzę prawie absolutną a z drugiej strony tzw opozycja bez swojego wybijającego się lidera, której jedynym do tej pory programem jest zniszczyć rządzących. A co dalej jak to się uda?

środa, 20 lutego 2013

Moje harcerstwo

Siedzę sobie przy tytułowej kawie i koniaku i wracam wspomnieniami do lat 70-tych ubiegłego wieku kiedy to należałem do harcerstwa. Postanowiłem spisać to co jeszcze pamiętam z tamtego okresu - obozy, wycieczki, zbiórki i inne wydarzenia związane z harcerstwem. Organizacja ta nosiła nazwę Związku Harcerstwa Polskiego (ZHP) a jej początki sięgają roku 1918. Reaktywowana po wojnie siłą rzeczy musiała, chcąc w ogóle działać, podporządkować się ówczesnej władzy i o to niektórzy mają do tego związku do dzisiaj pretensje. Lecz dla nas w tym czasie nie ważne było komu podlega lecz co i jak robi. Ciekawe zbiórki, wycieczki, obozy, ogniska czy różne akcje były tym co nas interesowało i cieszyło i w czym chętnie braliśmy udział. Nikt nas nie musiał do niczego zmuszać jak to przeczytałem niedawno na jakimś harcerskim forum gdzie jeden z piszących zarzucał ZHP, że uczestnictwa w akcjach były obowiązkowe. Na pewno do władz Związku przyszło polecenie zorganizowania takiej czy innej ogólnokrajowej akcji i raczej odmowy być nie mogło jednakże przeprowadzone to było tak, że dla każdego uczestnika była to wielka frajda i przygoda a nie przymus. Nie chce tu wybielać poprzedniego ustroju lecz piszę o tym jak my, zwykła młodzież podchodziliśmy do tematu – harcerstwo. W tamtym czasie jak i chyba w chwili obecnej do ZHP mogli należeć wszyscy bez względu na wyznanie czy kolor skóry a drużyny były i są koedukacyjne. Nie wiem komu przeszkadzał taki stan lecz z początkiem lat 90-tych od ZHP oddzieliła się część drużyn tworząc organizację o nazwie Związek Harcerstwa Rzeczypospolitej (ZHR). Moim zdaniem zrobiła to grupa ludzi, która stwierdziła, że w ZHP kariery raczej nie zrobi i postanowiła stworzyć nową organizację, którą może zarządzać. A łatwiej było rozbić coś co już istniało niż stworzyć od zera nowy byt bez żadnej tradycji. Do tego związku mogą należeć wyznawcy religii katolickiej, drużyny są osobno męskie a osobno żeńskie, trochę inaczej brzmi ich przyrzeczenie i wygląd munduru. My na obozie przy pożegnaniu dnia śpiewaliśmy piosenkę kończąc ją słowami "noc jest tuż", obecnie kończą ją słowami "bóg jest tuż" i nikt z nas się nie zastanawiał dlaczego tak to brzmi pomimo, że prawie każdy z nas chodził na religię (do kościoła a nie do szkoły) i przystąpił do Pierwszej Komunii.
Najgorsze co może się zdarzyć w działalności organizacji młodzieżowej to zarządzanie jej przez osoby dorosłe. Takie "Dorosłe dzieci" jak z piosenki zespołu Turbo. Bo z czasem taka młodzieńcza fantazja przechodzi w zimną kalkulację i politykę a wtedy zabija to wszelkie pozytywne myślenie. Nie myślimy o innych lecz o tym jak się utrzymać na danym stołku i mamy coraz  więcej głupich i bzdurnych pomysłów aby pokazać, że działamy i jesteśmy potrzebni. A piszę to nie baz powodu. Szukając w internecie materiałów dotyczących harcerstwa trafiłem m. in. na taką perełkę – "Regulamin palenia ogniska". Nie instrukcja lecz regulamin. U nas na obozach przy pierwszym ognisku przekazywano wszystkim jak powinno się je palić, jakie są związane z tym obrzędy itp. Nie potrzebny był żaden regulamin. Chyba, że obecnie, o czym nie wiem, aby przekazywać następcom jakąś tradycję potrzebny jest regulamin? I właśnie takie "dorosłe" działanie nie powinno mieć miejsca w tego typu organizacjach. Tylko najpotrzebniejsze konkretne sprawy związane z działalnością i koniec, bez zbędnej całej biurokracji. Tam głównym celem powinna być dobra zabawa, przeżywanie przygód, poznawanie natury i ludzi, słowem radość z dzieciństwa i wieku młodzieńczego a nie palenie ogniska z kartką w ręku i odfajkowywanie tego co już zrobiono.
Czuwaj!